Wywiady

Anna Dereszowska – nie tylko o teatrze, filmach i serialach…

Szczęśliwa Mama i realizująca się zawodowo Anna Dereszowska opowiada nam, czego zazdrościła kolegom grając w teatrze na trzecim roku studiów, dlaczego nie została architektem i co dały jej filmowe role w takich hitach jak „Lejdis”, „Nigdy nie mów nigdy” czy „Złotopolscy”. Zdradza też jaką biżuterię lubi najbardziej…

Ma Pani za sobą główne role w takich kinowych hitach jak „Lejdis” czy „Nigdy nie mów nigdy”, jest Pani również znana z seriali „Klub Szalonych Dziewic”, „Złotopolscy”, „Naznaczony” czy „M jak miłość”. Czy aktorka z Pani pozycją musi jeszcze chodzić na castingi?

Anna Dereszowska: Oczywiście że tak. Chyba wszyscy aktorzy muszą, na zdjęciach próbnych spotykam się z aktorami o tak ugruntowanej pozycji jak Marcin Dorociński czy Robert Więckiewicz. Ale taka jest specyfika tego zawodu, ciągły konkurs. Chociaż bywa też, że pojawiają się bezpośrednie propozycje, które powstają z myślą o mnie – tak było z „Nigdy nie mów nigdy”. To jest sytuacja bardzo komfortowa, ale rzadka.

Ale Pani nigdy nie musiała miesiącami czekać na telefon. Te propozycje pojawiały się od początku Pani kariery. Jeszcze na studiach miała Pani zagwarantowany etat w teatrze, coś o czym marzy każdy student Akademii Teatralnej.

Anna Dereszowska: To prawda. Byłam w tej szczęśliwej sytuacji, że na trzecim roku Piotr Cieślak, ówczesny dyrektor jednego z najlepszych warszawskich teatrów – Teatru Dramatycznego – zaproponował mi etat. Wszyscy koledzy mi zazdrościli a ja… zazdrościłam im, że mogli zagrać dyplom. Przedstawienie dyplomowe jest po to, aby pokazać się potencjalnym pracodawcom, dyrektorom teatrów, a skoro ja już nie musiałam szukać pracy, to mój opiekun roku zwolnił mnie z tego obowiązku. Patrząc na tę niesamowitą energię i zapał, z jakim pracowali moi koledzy, strasznie żałowałam, że w tym nie uczestniczę. To były naprawdę fantastyczne dyplomy: „Wiśniowy Sad” w reżyserii Agnieszki Glińskiej i „Biesy” Jarosława
Gajewskiego, które zdobyły wszystkie nagrody, jakie tylko można było zdobyć.

Teatr to było spełnienie Pani marzeń?

Anna Dereszowska: Tak, świadomie poszłam do szkoły teatralnej, a nie filmowej, bo bardzo chciałam grać w teatrze, ale moje losy zawodowe tak się potoczyły, że dziś więcej gram w filmie i telewizji. Właśnie skończyła się moja umowa w Teatrze Dramatycznym i czuję się dość dziwnie, bo byłam związana z tym miejscem dobrych kilka lat. Szczerze mówiąc, już tęsknię za sceną, już bym znowu chciała coś próbować, bo uważam, że praca w teatrze jest dla aktora najbardziej rozwijająca i inspirująca. Bez niej aktor stoi w miejscu.

Jednak to serial, a nie teatr przyniósł Pani popularność. A dokładnie rola policjantki Kaliny w „Złotopolskich”. Nie bała się Pani grać zaraz po szkole w serialu?
Reżyserzy filmowi krzywo patrzą na młodych aktorów związanych z telenowelą.

Anna Dereszowska: Jak przyjmowałam rolę w „Złotopolskich”, to chyba nie bardzo o tym myślałam. Byłam młodziutka i cieszyłam się, że dostałam pracę, że będę mogła się sama utrzymywać. Nie zastanawiałam się jakie to może nieść za sobą konsekwencje. Na szczęście los sprawił, że ten serial mi nie zaszkodził, a wręcz pomógł. Wiele osób tam mnie właśnie zauważyło i dzięki temu pojawiły się nowe możliwości. Może dlatego, że moja postać w „Złotopolskich” była drugoplanowa – nie byłam z tym serialem tak bardzo utożsamiana, nie przyklejono mi łatki, która by mi potem przeszkadzała w dostawaniu innych propozycji. Taki problem długo miały moje koleżanki z planu – Magda Strużyńska ze „Złotopolskich” czy Joasia Koroniewska z „M jak miłość”. Dopiero teraz, po kilku latach, powoli udaje im się zawodowo wychodzić poza ich serialowe postacie. Wiem, że bardzo łatwo wpaść w taką pułapkę, bo główna rola w serialu daje spokój finansowy, o jakim większość aktorów może tylko pomarzyć. W moim przypadku jest tak, że kończę jeden projekt, i nie wiem, czy pojawi się jakiś następny. Dwa lata temu miałam wolne całe lato i już właściwie nerwowo przestępowałam z nogi na nogę, czekając na coś nowego. A urodziłam wtedy dziecko, miałam na głowie kredyt do spłacenia…

Okazało się jednak, że urodzenie dziecka nie przeszkodziło Pani w karierze, wręcz przeciwnie – pojawiło się wiele propozycji.

Anna Dereszowska: Przez moment byłam przerażona, że to jest koniec. W ciąży hormony tak szaleją, że huśtawka nastrojów jest trudna do opanowania. Dziś wiem, że macierzyństwo było jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły. Mam wrażenie, że dzięki niemu też w końcu emocjonalnie dojrzałam do swojego wyglądu, bo zawsze grałam kobiety starsze od siebie. Zresztą mój agent, kiedy powiedziałam mu o ciąży, bardzo się ucieszył i stwierdził, że nie mogłam wybrać lepszego momentu na dziecko. I rzeczywiście tak było, paradoksalnie, po urodzeniu Lenki zaczęłam dostawać więcej propozycji.

Pewnie przyczynił się też do tego gigantyczny sukces filmu „Lejdis”, na który poszło do kina ponad 2,5 miliona ludzi.

Anna Dereszowska: Na pewno. Rola w „Lejdis” to rzeczywiście był przełom w mojej karierze. Wskoczyłam na inną półkę aktorów. Zdaję sobie sprawę, że w każdej chwili bardzo łatwo mogę z niej spaść, ale na razie inaczej się ze mną rozmawia, proponuje trochę lepsze stawki, ciekawsze role. Oczywiście nie zawsze to są postacie pierwszoplanowe, bywają też drugoplanowe, tak jak w przypadku filmu „Randka w ciemno” czy serialu „Sprawiedliwi”, ale równie satysfakcjonujące.

A rola w ukochanym serialu Polaków „M jak miłość”? Dlaczego zdecydowała się Pani ją przyjąć?

Anna Dereszowska: To był taki moment, kiedy po skończeniu zdjęć do „Naznaczonego” nie pojawiało się nic innego. Zadzwonił mój agent i powiedział, że jest propozycja z „M jak miłość”. Przyznaję, że nigdy wcześniej nie oglądałam tego serialu, więc przed rozmową zobaczyłam kilka odcinków i pomyślałam sobie, że coś w tym musi być skoro tyle milionów ludzi to ogląda. Mówiłyśmy o tym, jak dużą widownię miał film „Lejdis”, ale już po emisji kilku odcinków „M jak miłość” z moim udziałem odczułam co to znaczy prawdziwa popularność. Jaką siłę ma ten serial, jaką ogromną miłość widzów, nieporównywalną z niczym innym, w czym wcześniej grałam.

Do Pani najpopularniejszych ról zaliczają się także te w „Lejdis” i „Klubie Szalonych Dziewic”. To historie czterech zaprzyjaźnionych kobiet. Czy ma Pani takie grono bliskich przyjaciółek?

Anna Dereszowska: Zazwyczaj przyjaźniłam się z jedną osobą – tak było w szkole podstawowej, potem w liceum. Zmieniło się to przy „Lejdis”, bo my się rzeczywiście bardzo polubiłyśmy z dziewczynami: Magdą Różczką, Izą Kuną
i Edytą Olszówką. Do tej pory się przyjaźnimy, ale niestety mamy teraz dużo mniej czasu niż kiedyś, bo trzy z nas mają małe dzieci. Ale wciąż do siebie dzwonimy, wspieramy się. Z dziewczynami z „Klubu Szalonych Dziewic” też się bardzo polubiłyśmy, aczkolwiek nie był to tak intensywny czas jak przy „Lejdis”, więc nie było szansy żeby się tak zżyć ze sobą,

W „Klubie Szalonych Dziewic” nosicie charakterystyczną „klubową” bransoletkę, taki amulet. Czy posiada Pani w życiu pozaserialowym taką biżuterię, którą traktuje Pani podobnie?

Anna Dereszowska: Ten pierścionek jest moim amuletem. To prezent od Piotra, bardzo dla mnie ważny. Mam jeszcze kilka takich drobiazgów, do których jestem bardzo przywiązana. Mimo, że tej biżuterii mam dość sporo, to, jak każdej kobiecie, wydaje mi się, że nie mam kompletnie nic. Lubię srebro, białe złoto. Jeśli chodzi o formę, to podobają mi się projekty stonowane, minimalistyczne, bardzo nowoczesne. Apart ma w swojej kolekcji dużo takich pięknych modeli, w moim stylu. Często biżuterię Apartu noszą moje postacie. Ostatnio szczególnie podobała mi się ta, którą miałam na planie „Randki w ciemno”. Bardzo charakterystyczne rzeczy nosi też moja bohaterka z „Klubu Szalonych Dziewic”, Magda, ale to już inny styl – oryginalna, duża, rzucająca się w oczy biżuteria.

Kim by Pani była, gdyby nie została Pani aktorką?

Anna Dereszowska: Bardzo możliwe, że architektem. Poważnie przygotowywałam się do egzaminów na architekturę, chodziłam nawet na lekcje rysunku. Czasem jeszcze próbuję coś narysować, ale ręka już nie jest tak sprawna. Tak samo z pianinem, kiedyś grałam, a dziś jedyne co mi zostało, to to, że potrafię przeczytać nuty i wygrać sobie prymkę. Umiejętność ta bardzo mi pomogła przy nagrywaniu płyty z zespołem Machina del Tango, za którą dostaliśmy w tym roku nominację do Fryderyka. Było to bardzo fajne doświadczenie i jestem z niego bardzo dumna. Mam nadzieję, że płyta przyniesie popularność zespołowi.

Doświadczyła Pani popularności nie tylko od tej jasnej strony, ale także od tej ciemniejszej. Kiedy związała się Pani z aktorem Piotrem Grabowskim, portale plotkarskie i prasa brukowa nie oszczędzały Pani, wchodząc w życie prywatne, komentując wasz związek, pisząc, że rozbija Pani rodzinę.

Anna Dereszowska: To było dla mnie tym trudniejsze, że byłam wtedy w ciąży. Ale we dwoje da się wszystko przeżyć.

Czy przejmuje się Pani jeszcze takimi komentarzami, czy po tej historii zdążyła się już Pani na to uodpornić?

Anna Dereszowska: Nie. Wciąż mnie to dotyka, zwłaszcza, kiedy bije w moich najbliższych. Mama Piotra mieszka w Kanadzie i niestety nawet tam docierają do niej informacje z polskich kolorowych gazet, internetu, portali plotkarskich. Bywało, że dzwoniła z płaczem i pytała co się u nas dzieje, dlaczego Piotr mnie zostawił, co się dzieje z Lenką? Nie wydaje mi się, żeby można się było na coś takiego uodpornić. Może gdyby się całkowicie odciąć od świata, ale tak się nie da… Jak idę do kiosku po gazety, to czy chcę czy nie, jeśli jestem na okładce jakiegoś plotkarskiego pisma, to to widzę.

Czy, będąc rozpoznawalnym, można w ogóle jakoś ochronić swoją prywatność?

Anna Dereszowska: Ja się tego ciągle uczę. Nie jest to łatwe, tym bardziej że jestem osobą otwartą i pewnie w kontaktach z prasą trochę naiwną. Wychodzę z założenia, że nikomu nie chodzi o to, żeby zrobić mi krzywdę, albo mnie wykorzystać, a niestety okazuje się, że niektórzy po prostu z tego żyją. Dlatego uczę się odmawiać. Wcześniej zazwyczaj było tak, że ktokolwiek dzwonił z propozycją wywiadu czy występu, ja pokornie i grzecznie się zgadzałam.

Tak jak wtedy, kiedy zdecydowała się Pani z ojcem Lenki udzielić wspólnego wywiadu?

Anna Dereszowska: Dziś uważam, że to był błąd. Wtedy wydawało mi się, że dzięki temu uciszymy plotki, spekulacje i insynuacje, ale dziś, z perspektywy czasu już wiem, że to było kompletnie niepotrzebne i więcej tego nie zrobię.

To dlatego tak rzadko Pani bywa, żeby nie dawać pretekstu do plotek?

Anna Dereszowska: Po prostu nie jestem typem imprezowiczki. Rzadko zdarza mi się wychodzić, no chyba, że mam to w kontrakcie – premiera, spotkania prasowe. Odkąd mam dziecko, największą przyjemność sprawia mi spędzanie czasu z Leną i Piotrem.

To chyba trudne, bo Pani właściwie non stop pracuje.

Anna Dereszowska: Teraz już zdecydowanie lepiej potrafię zorganizować swój grafik. Staram się pracować higienicznie. Przez moment rzeczywiście otarłam się o pracoholizm. Było już tak, że nie potrafiłam się uwolnić od myślenia o pracy, nawet jak miałam wolny dzień. Na szczęście Piotr jest na tyle spostrzegawczy, że zauważył co się się dzieje. Dzięki niemu zdałam sobie sprawę, że tak nie można, że trzeba znajdować czas na odpoczynek, skupiać się też na innych dziedzinach życia. Nie można zapominać o tym, co najważniejsze.

Czyli kariera już nie jest priorytetem?

Anna Dereszowska: Nigdy nie była. Oczywiście praca jest dla mnie bardzo ważna, to moje hobby i sposób na życie, ale na pewno nie chcę robić kariery kosztem prywatnego szczęścia.

Rozmawiała Agnieszka Jastrzębska

Poprzedni wpis Następny wpis

Mogą Ci się również spodobać